Zakupowo: nowości marca: KOBO | Bell | Smart Girls Get More | My Secret

22 kwietnia 2017

Małe podsumowanie zakupowego szaleństwa kosmetycznego dokonanego w marcu czas zacząć!
Większość z tych pięknot kupiłam podczas promocji w Naturze, bo i tylko tam mogę kupić kosmetyki KOBO czy też My Secret.
Nie ma tego znowu aż tak dużo, chociaż przyznaję, że trochę się w ciągu całego miesiąca nazbierało, jednak na pewno nie jest tego aż tyle co dawniej;) wszystko więc zmierza w dobrym kierunku!


Paleta cieni KOBO kusiła mnie już od dawna. Długo rozmyślałam czy chcę maty, czy może jednak drugą wersję, bo są w niej dwa przepiękne cienie, które strasznie mi się podobały ze względu na swój unikalny kolor. Koniec końców wybrałam maty czyli matt eye shadow set, które zawsze mogą się przydać, szczególnie, że są to bardzo uniwersalne odcienie, które przydadzą się do delikatnego, dziennego makijażu, a także do mocniejszego oka - czerń jest tu naprawdę porządną czernią!

Na zdjęciu środkowy cień wyszedł cieplejszy niż jest w rzeczywistości - na żywo wszystkie kolory to ładne, chłodne odcienie.

Na wyprzedaży kupiłam te dwa pyłki z My Secret. Oba są zielone, jednak wyraźnie różnią się między sobą co za chwilę zresztą sami zobaczycie.

Numer 7, pierwszy z lewej, to piękna, soczysta zieleń z dodatkiem złotej poświaty. Przepiękny, intensywny duochrom, którego urok niestety nie jest widoczny na zdjęciach. Drugi cień, numer 8, to raczej taka nieoczywista zieleń - jakby trochę wypłowiała, ciut z dodatkiem morskiego odcienia - taki dziwny kolor, ciężki do opisania, ale interesujący.


Kolejne cienie na jakie się skusiłam to dwa wkłady KOBO w neonowych odcieniach: 147 orange i 150 lime. Limonka nie jest aż tak intensywna i neonowa jak pomarańcza, ale wciąż jest to kolor rzucający się w oczy. 
Niestety nie udało mi się upolować fioletu z tej serii, a szkoda, bo był to równie piękny odcień.
Aby nie było, że szaleję z takimi odcieniami, kupiłam jeszcze coś spokojniejszego, ale znacznie ciemniejszego; matowy i głęboki granatowy cień z My Secret (numer 509), który kiedyś już miałam, ale niestety spadł mi i na tym jego żywot się zakończył.
Ostatni cień jaki kupiłam, to rollipop eyeshadow ze Smart Girls Get More (numer 6). Mam już cztery odcienie z tych cieni (najjaśniejszy wygląda przepięknie na powiekach) i przyznaję, że spisują się bardzo dobrze. Nie są to może najtrwalsze cienie, ale mają ładne odcienie i przepięknie błyszczą w sztucznym świetle i w pełnym słońcu.


W Hebe skusiłam się na dwa produkty z Bell.
HYPOAllergenic Multi Bronze Powder w odcieniu numer 01 kupiłam po tym jak zobaczyłam go na policzkach u koleżanki. Złocisty, rozświetlający, jasny brąz, który bardzo ładnie podkreśla policzki i rozświetla twarz - to właśnie to maleństwo!

Drugi produkt, to HYPOAllergenic Illuminating Stick czyli rozświetlacz w sztyfcie. Długo nad nim myślałam, ponieważ z produktami w sztyfcie/kremie/żelu średnio się lubię, ale ten produkt uwiódł mnie swoim nietypowym odcieniem.

Nie jest to do końca róż, jest to bardziej taki szampański róż z dodatkiem złota, więc to jak wygląda na twarzy zależy głównie od naszego koloru skóry.
Pięknie prezentuje się solo, ale świetnie nadaje się także jako baza pod inne rozświetlacze - wtedy daje prawdziwe bling bling!

Na promocji w Naturze zakupiłam również cztery szminki z KOBO. Jedną pokazywałam wam już w poście z ulubieńcami marca:


Poniżej jest 415 Your Freedom (brudny róż) oraz 413 Burned Ruby (burgund z dodatkiem fioletu).
Oba kolory są cudowne, chociaż początkowo dość trudno je nałożyć bo konsystencja tych szminek jest trochę tempa - dopiero po chwili, pod wpływem ciepła, lepiej sunie po ustach.

Kolejne dwie szminki to czerwona 307 Cherry Lips oraz 410 Lila Rouge - obie szminki mają dość mocne, żywe odcienie, które świetnie sprawdzą się podczas obecnej pory roku.
Ich konsystencja już jest bardziej kremowa, szczególnie czerwieni, przez co aplikacja przebiega sprawniej i szybciej.

Na koniec wkłady z KOBO, które od ponad dwóch tygodni męczę każdego dnia (czyt. używam ich do makijażu).
Od góry od lewej: 208 Bronze, 220 glam bronze.
Poniżej od lewej: 216 mocha latte i 215 true beige.

Zdjęcia dość dobrze oddają kolory tych cieni:
208, to dosyć ciepły, lekko miedziany brąz.
220, to ciemny, gorzki brąz z dodatkiem zieleni.
216, to piękny odcień takiej kawy z mlekiem, a właściwie mleka z kawą;)
215, to taki typowy cielaczek, lub też ciemniejsza wanilia jak kto woli.

208 i 206 mają taką samą konsystencję. Miękką i świetnie napigmentowaną, najgorszą ma 220, ponieważ jest bardzo sucha i słabo napigmentowana, ale na powiece daje radę i kolor jest szybko widoczny.
Odcień 215 jest też dobrze napigmentowany i ma dość miękką konsystencję, ale jednak ciut twardszą jak 208 i 206. Za każdy wkład płaciłam jakoś 5zł, więc naprawdę bardzo się opłacało, bo cienie są bardzo dobrej jakości.

Znacie te kosmetyki?
Używacie ich?

PROPONOWANE POSTY:

4 komentarze

  1. Jestem ciekawa tego rozświetlacza :)
    Buziaki,
    http://loveshinny.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Sporo nowości, u mnie wpadło dużo kosmetyków kupionych w Rossmannie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Kobo miałam tylko puder transparentny i szminkę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M