Ulubieńcy maja - LilyLolo | Bielenda | KOBO | Artdeco | Stila | Maybelline | Makeup Atelier Paris | Emily | PUPA | ELF

23 czerwca 2016



Znowu spóźnieni, ale obecni, ulubieńcy minionego miesiąca, bo na ulubieńców czerwca przyjdzie jeszcze trochę poczekać.
Tym razem przed wami sporo zdjęć, bo i sporo produktów chcę wam przedstawić. W maju skupiłam się głównie na policzkach, rozświetleniu i brązach, czyli zaliczyłam powrót do klasyki, która w sumie jeszcze nikomu nie zaszkodziła i choć niektórzy stwierdzą, że to nuda, bo w końcu jest lato, które kojarzy się z kolorem, to co ja na to poradzę, że neony lubię jedynie na paznokciach, a szczytem szaleństwa jest u mnie fioletowa czy zielona kreska na powiekach.
Jednak nawet jeżeli jesteście takimi szalonymi duszami z żółtymi powiekami, zapraszam was do dalszego czytania, bo kosmetyki, które dzisiaj pokażę na pewno warte są poświęcenia im tej chwili. Kto wie, może kogoś na coś skuszę?



Zacznę od początku, czyli od tego co najpierw ląduje na mojej twarzy - podkłady mineralne wciąż bardzo lubię i ciągle ich używam, ale po powrocie z MeetBeauty Conference zaczęłam testować kosmetyki, które ze sobą przywiozłam i tak też sięgnęłam po matujący podkład Bielendy, w odcieniu 1, określonym jako naturalny. Niestety kolor do jasnych nie należy i przypuszczam, że dla większości osób będzie za ciemny. Mnie niedawno musnęło słońce na twarzy, więc też moja skóra jest trochę ciemniejsza niż zwykle, dlatego ten kolor mi obecnie pasuje. Ładnie stapia się ze skórą, wyrównuje jej koloryt, ukrywa drobne niedoskonałości i nadaje jej ładnego, delikatnie opalonego koloru (nie, nie odcina mi się od koloru szyi). Jest to niby fluid matujący, jednak bez przypudrowania nie wytrzyma za długo w tych upałach na tłustych cerach. Niestety ja mam tego pecha, że momentalnie jestem mokra na twarzy, dlatego też malowanie się w lecie mija się u mnie z celem, no ale czasami trzeba.
Jeżeli jednak nie ma upałów, to ten podkład wraz z małą pomocą sypkiego pudru jest w stanie wytrwać te 6 godzin.



Wciąż konturuję twarz i wciąż najczęściej sięgam po paletkę Laura Mercier Flawless Contouring Palette (TU ją pokazywałam), jednak niedawno kupiłam paletkę KOBO, więc trzeba było się za nią zabrać. KOBO Face Contour Palette jest dostępna w dwóch wersjach: ja wybrałam wersję pierwszą z dwoma produktami do konturowania oraz jednym do rozświetlania i to właśnie ten puder zasługuje na uznanie. Wszystkie produkty prezentują się przyjemnie; mamy tu jasny, żółty beż, którego długo poszukiwałam wśród pudrów, jest tu też ciemniejszy beż z odrobiną szarości oraz średni brąz ze sporą dawką szarości. Nie są to te same kolory jakie mają duże pudry do konturowania z tej marki (niebawem zrobię ich porównanie), więc nic się nie zdublowało.


Najbardziej lubię tego jasnego żółciaka, który daje bardzo delikatny efekt; żadna córka młynarza czy też płaski mat, który wygląda jak pikselowa twarz. Brązowe pudry także są niczego sobie; ładnie się rozcierają i mają odpowiednie kolory do konturowania, chociaż początkowo miałam problem z ich aplikacją, ponieważ na wierzchu wytworzyła się taka twarda skorupka, przez którą nie mogłam nałożyć pudru. Na szczęście po jej usunięciu wszystko wróciło do normy i dalej mogę bawić się w wyszczuplanie twarzy.


Kolejny produkt do twarzy, jednak nie do konturowania, to mineralny puder brązujący z LilyLolo w odcieniu Waikiki, który pokazywałam wam TU na twarzy. Wiem, że wiele osób podchodzi do niego jak pies do jeża, ja także byłam bardzo ostrożna przy jego aplikacji, bo i opinie ma różne, i przez to człowiek też nie wiedział czego się spodziewać. Jak się okazało, i jak też możecie zobaczyć na zdjęciach w podlinkowanym poście, Waikiki przepięknie wygląda na policzkach i jest też idealnym produktem na wiosnę i lato. Ociepla, rozświetla i sprawia, że skóra wygląda na taką muśniętą słońcem. 


Idealny dla osób, które chcą nadać twarzy tego efektu muśnięcia słońcem, będzie także puder brązujący z najnowszej kolekcji Artdeco, Hello Sunshine (TU post) bronzing powder compact w odcieniu 50 almond. Często kiedy nie mam czasu na makijaż nakładam go szybko na policzki, czoło i skronie i od razu twarz prezentuje się znacznie lepiej. 


50 Almond daje odcień trochę chłodnego, średniego brązu o delikatnie satynowym wykończeniu. Jeżeli nie chcecie matu, ale też nie oczekujecie rozświetlenia, to to jest coś dla was. Z tej samej kolekcji Artdeco, bardzo polubiłam tusz do rzęs, który po tym jak delikatnie przysechł niesamowicie wydłuża rzęsy oraz delikatnie je pogrubia. 


Mocny odcień czerni, delikatne podkręcenie i świetna trwałość - no czego chcieć więcej?


Wracając jednak do twarzy pora na coś do zaróżowienia, a nie tylko do przybrązowienia - PUPA Dot Shock Blush 001 uwodzi swoim wyglądem, przyciąga zapachem i zachwyca kolorem. Róż w kulkach z tej kolekcji to bezapelacyjny zwycięzca, którym chyba większość się zachwycała i nic w tym dziwnego. 


Na policzkach bardzo delikatny i naturalny, bez zbędnej przesady czy efektu matrioszki, więc idealny na każdą porę roku, a do tego bardzo wydajny. Ciężko też zrobić sobie nim krzywdę, ale wiadomo, że odpowiedni pędzel to tutaj sprawa kluczowa. TU macie zdjęcia jak prezentuje się on na policzkach.


Przedostatnim produktem jest odgrzebany przeze mnie puder marki Stila - illuminating finishing powder w odcieniu bronze. Ta seria pudrów była dostępna w trzech odcieniach, oczywiście mam wszystkie, z czego po ten kolor sięgałam najrzadziej, bo po prostu obawiałam się tego, jak będzie wyglądał na twarzy. Kolor sam w sobie piękny: brąz z domieszką czerwieni, zamknięty w ładnym, metalowym opakowaniu, które swoje też waży. 


Ten wypiekany produkt daje mocne rozświetlenie, ale jak wiadomo każdemu trzeba dać szansę - ten swoją otrzymał i o dziwo, podobnie jak w przypadku Waikiki, okazało się, że na policzkach prezentuje się przepięknie.


Na koniec klasyczny rozświetlacz, a właściwie róż do policzków, który ze względu na swój jasny odcień jest stosowany właśnie do rozświetlania twarzy - elf baked blush w odcieniu pinktastic - średni, trochę szampański beż z dodatkiem różu, który daje śliczną, jednolitą taflę na policzkach. Jego regularna cena, to chyba 2,5 lub 3,5 dolara, więc szału nie ma - ja dopadłam go na ebayu za chyba ok. 20zł z wysyłką.



Dobra, była twarz, to teraz trzeba przejść do dalszej części, a mianowicie do oczu. Tu królowały u mnie dwa rodzaje makijażu, albo bardzo delikatny i naturalny, do którego używałam głównie mineralnego cienia Annabelle Minerals w odcieniu Vanilla, który pięknie rozświetla, albo paletki Makeup Atelier Paris (TU swatche) w wersji T22 Marron Naturel. 




Sięgam głównie po trzy cienie z tej paletki, aby stworzyć takie brązowe smoky. Często też używam do tego kredki Emily w odcieniu głębokiego, ciemnego, chłodnego brązu, którą rozcieram na wcześniej nałożony cień w odcieniu brzoskwiniowego beżu (2 od lewej). 


Następnie nakładam do połowy powieki czekoladowy brąz (2 z prawej) a na koniec przy linii rzęs najciemniejszy kolor. Właśnie pod te cienie idealnie sprawdza się jako baza Maybelline color tattoo w odcieniu 91 creme de rose, czyli takim różówym, ciemniejszym nugacie. 



 Nie jest mocno widoczny na powiekach, ale wyrównuje koloryt i utrzymuje w ryzach moje tłuste powieki. Wiem, że u wielu osób te cienie nie sprawdzają się jako bazy pod makijaż oczu, jednak ja nie mogę narzekać - od kiedy je mam, inne bazy odeszły w zapomnienie, dlatego też ciągle poluję na kolejne kolory. 




Kto coś z tego ma;)?

PROPONOWANE POSTY:

15 komentarze

  1. Dużo fajnych rzeczy. Różowe kuleczki cudne i opakowanie jak perfumy DKNY:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kuleczki to hicior:) i ten ich słodki, delikatny zapach <3

      Usuń
  2. Dużo fajnych rzeczy. Różowe kuleczki cudne i opakowanie jak perfumy DKNY:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Same cuda, mnie ciekawi ta paletka Kobo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Używałam jej dość intensywnie, więc pewnie niebawem będzie jakaś recenzja :)

      Usuń
  4. Fajni ulubieńcy :) Miałam z nich na sobie tylko ten cień mineralny, ale u mnie się nie sprawdził- niby go nie było widać na powiece, ale w jej złamaniach to się gromadził raz dwa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na bazę też próbowałaś? no niestety u każdego ten sam kosmetyk sprawdzi się inaczej;)

      Usuń
  5. Bielenda ma nawet fajne te podkłady ale mogliby popracować nad odcieniami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ja mam niby najjaśniejszy odcień, a jest dobry dopiero teraz kiedy jestem trochę opalona heh

      Usuń
  6. Bielenda ma nawet fajne te podkłady ale mogliby popracować nad odcieniami...

    OdpowiedzUsuń
  7. Podkład z Bielendy również bardzo przypadł mi do gustu. Jak dla mnie ma idealną konsystencję i krycie na lato. Muszę jednak nakładać go gąbeczką, bo pędzlem potrafi robić smugi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pędzlem nie próbowałam, bo w sumie od dawna nakładam podkład tylko gąbeczką (no chyba, że chodzi o podkład mineralny, to wtedy faktycznie używam pędzla;))

      Usuń
  8. Cień z AM polubiłam a różowe kulki wyglądają pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ta paletka do konturowania ostatnio za mną chodzi, ale chyba żółte odcienie nie są dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej sprawdzić na żywo, bo tak to nigdy nie ma pewności:)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M