Wakacyjna kosmetyczka, czyli co zabrałam ze sobą na wyjazd i co faktycznie było mi potrzebne

6 września 2015

Lipiec i sierpień, to właśnie te miesiące w roku, podczas których większość z nas wyjeżdża za granicę lub cieszy się wolnym czasem spędzonym na łonie natury. Większość, bo niestety nie wszystkim jest to dane, wybywa aby odpocząć, naładować baterię, pozwiedzać czy też poleżeć plackiem nad morzem/basenem i wymoczyć swój odwłok. 

W poprzednim roku taka przyjemność mnie ominęła, ale w tym udało mi się wyjechać na tydzień na Węgry do miejscowości Eger, w której mają bardzo fajne baseny termalne (chyba zrobię o tym osoby wpis ;)).
Pojechałam ze swoją drugą połówką; mieliśmy romantyczne spacery w świetle księżyca i szlajaliśmy się po pięknym parku, ale nie tynkowałam twarzy, choć na pewno po tym zabiegu wyglądałabym korzystniej;), dlatego też nie zdziwcie się, jeżeli na zdjęciach nie zauważycie żadnego produktu z tej kategorii. Zabrałam ze sobą jedynie pielęgnację, bo po prostu nie targam ze sobą kosmetyków do makijażu na wyjazdy (no i w lecie ograniczam makijaż do minimum, głównie przez upały).


Niektóre kosmetyki przydały mi się bardziej, inne mniej, więc oprócz samej prezentacji wszystkich zabranych przeze mnie produktów, będzie także krótka wzmianka o tym, które z nich faktycznie mi się przydały, a które jednak mogły zostać w domu. 


Zacznę od góry, czyli od włosów i skóry głowy.
Ze względu na to, że podczas wyjazdu i pobytu w Węgrzech miałam codziennie kontakt z wodą (basenami) oraz mocnym słońcem (w sumie u nas także takowe było, ale akurat większość dnia spędzałam w pomieszczeniu, a nie na świeżym powietrzu, a to różnica), to oprócz szamponu z Dermeny, wzięłam ze sobą maseczkę do włosów Kallos w wersji Latte, która pachnie obłędnie, ale została użyta przeze mnie jedynie raz.


Bardziej przydał mi się jedwab do włosów z Green Pharmacy do zabezpieczenia końcówek włosów, szczoteczka Tangle Teezer, oraz dwufazowa odżywka w mgiełce Frederic Fekkai, Marine Summer Hair. Zabrałam ze sobą także olejek Ajurwedyjska terapia do włosów z Orientany, który niestety nie był użyty nawet raz, ponieważ nie bardzo miałam czas siedzieć z nim na głowie. Rano szybko zbieraliśmy się na baseny, później kiedy wróciliśmy, krótka kąpiel i wybieraliśmy się na spacer lub do sklepu po spożywkę, więc było szybko i intensywnie. Najczęściej używałam szamponu oraz mgiełki, która przepięknie pachnie kokosem, choć wyczuwam w niej także ananasa, i chroni włosy. W swoim składzie zawiera algi morskie, pantenol, ekstrakt z wodorostów, a także benzophenone-4 i ethylhexyl methoxycinnamate, które chronią włosy przed promieniowaniem UV. Włosy po jej użyciu pięknie się błyszczą, więc trzeba uważać, aby nie nałożyć jej za dużo, bo będą wyglądać jak tłuste. Chroni kolor włosów, oraz widocznie nawilża.  


Kosmetyków do twarzy jest najwięcej. 
Wzięłam resztkę żelu do mycia twarzy La Roche-Posay Effaclar, serum pod oczy z Be Organic, o którym pisałam TU, a również krem na dzień Bioderma Hydrabio Legere, który lubię, ale jednak nie przebija on kremu LRP, więc pewnie po jego wykończeniu wrócę do sprawdzonego Hydraphase Intense legere.


Nikogo pewnie nie zdziwi obecność filtru do twarzy La Roche-Posay Anthelios XL 50+, który codziennie po kilka razy lądował na mojej twarzy, jednak pomimo tego efekt La Morda Solare jest u mnie widoczny. Słońce grzało mocno i pod koniec pobytu myślałam, że oszaleję. 
Od pewnego czasu stosuję serum do rzęs  4 Long Lashes, więc zabrałam je także na wyjazd, bo z efektów jestem zadowolona, więc nie chcę robić przerwy dopóki całego nie zużyję.
W kosmetyczce znalazł się równeiż olejek do twarzy Clarins w wersji Huile Lotus, łagodny peeling enzymatyczny Dermika Pure, krem Academie Acad'Aromes Seve Nourrissante Creme, który stosuję na noc oraz kilka maseczek Initiale, o których niebawem napiszę. 


Olejek Clarins to mój ulubieniec, który świetnie sprawdza się kiedy potrzebuję lepszego nawilżenia, ale także kiedy mam kilka paskud na skórze i chcę aby się szybciej zagoiły. Nie pasuje mi jedynie jego zapach, ponieważ nieco mnie drażni, ale ze względu na jego wspaniałe działanie, całkowicie mu to wybaczam i zawzięcie go stosuję.
Z tych wszystkich mazideł nie sięgnęłam jedynie po peeling Dermiki i maseczki Initiale, ale to głównie z braku czasu, ponieważ po powrocie zaraz wylądowały na mym przybrązowionym licu. 


Na koniec zostały produkty do ciała.
Do pielęgnacji wzięłam resztkę masła Be Organic (recenzja TU), które szczerze uwielbiam i gorąco wszystkim polecam, a na wypadek gdyby jednak mi go zabrakło, wzięłam masło Kings&Queens w wersji Queen Elizabeth Sugar. Okazało się jednak, że masła Be Organic wystarczyło, więc jedynie ono ratowało moją skórą przed wysuszeniem jej na wiór i przynosiło mi prawdziwą ulgę kiedy była ona napięta jak struny.


Wzięłam także ukochany krem do rąk z The Secret Soap Store, ale okazało się, że wystarczy mi wyżej wspomniane masło do ciała, które nakładałam również na dłonie, więc cudo z TSSS jest kolejnym produktem, które spokojnie mogłam zostawić w domu. 
Podczas kąpieli (mieliśmy wannę w mieszkaniu) sprawdził się żel pod prysznic Isana w wersji masło shea i owoc pasji, który stosowałam także jako płyn do kąpieli. Dobrze się pienił, ładnie pachniał, nie wysuszał i dobrze czyścił, więc czego trzeba chcieć więcej? 


Kiedy potrzebowałam jakiegoś dobrego zdzieraka, w ruch szedł pierniczkowy, cukrowy peeling do ciała z Sweet Secret od Farmony. Oprócz tego, że przepięknie pachnie, dobrze peelinguje i pozostawia na skórze wyczuwalny film, który dodatkowo nawilża i chroni skórę, a to się zawsze przydaje. 
Za każdym razem kiedy musiałam sprawić, żeby moje nogi i inne partie ciała były na nowo gładkie, sięgałam po żel do golenia z Venus. Jest piekielnie wydajny, sprawia, że golarka sunie po nogach jak po maśle i nie uczula, ani nie powoduje szczypania skóry, a z tym miałam często problemy.
Na zdjęciach zabrakło jeszcze antyperspirantu Garnier Neo w wersji soft cotton, który także stosowany był codziennie;) 
Wyszło na to, że ze wszystkich kosmetyków spokojnie mogłam zostawić w domu 5 sztuk. Na szczęście jechaliśmy samochodem, miejsca było sporo, więc nie było problemu z większym bagażem, jednak na przyszłość muszę zapamiętać aby tak nie szaleć, zwłaszcza jeżeli będę musiała mieć bagaż niewielkich rozmiarów. 



A ile wy zabieracie na wyjazd?
Znacie te kosmetyki?

PROPONOWANE POSTY:

20 komentarze

  1. Ja już bym jedwabiu z Green Pharmacy nie brała do wyjazdowej kosmetyczki. Dawałam mu kilka szans i zawsze mi się wylewał... Produkt naprawdę świetny do zabezpieczania, ale opakowanie całkiem na bakier :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, coś mi się rozlało w kosmetyczce, ale po krótkim dochodzeniu stwierdziłam, że to chyba jednak olejek z peelingu. Może się myliłam? :>

      Usuń
  2. Na swoje wyjazdy też zabrałam kilka zbędnych kosmetyków ;P Ale co jeśli akurat byłyby Nam potrzebne a nie mielibyśmy ich przy sobie? To by był dopiero dramat :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:D nagle by się okazało, że już, teraz, natychmiast trzeba czegoś użyć, a tego nie ma;) rozpacz!

      Usuń
  3. Oj tak zawsze przed wyjazdem wydaje się nam " o ran tego będę potrzebować, a to to już na pewno będzie niezbędne", ale jednak gdy przychodzi co do czego to wolimy cieszyć się wyjazdem niż spędzać nadmiar czasu w łazience - chociaż zdaje sobie z tego sprawe to i tak co roku popełniam ten sam błąd :D chociaż lepiej mieć za dużo niż gdyby nam czegoś zabrakło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też prawda;) lepiej mieć więcej, niż mniej:D

      Usuń
  4. U mnie też tak zwykle bywa, że biorę kosmetyki tak na wszelki wyapdek, bo mogą się przydać itd a później się okazuje, że są nietknięte.
    Mam ten krem z TSSS i uwielbiam, moja wersja to ta z trawą cytrynową :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj wersję z trawą cytrynową uwielbiam! jest najlepsza:) kupiłam też inne z ciekawości, ale jednak trawka przebija wszystkie;)

      Usuń
  5. Zaciekawiłaś mnie tym kremem Academie, czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno będzie recenzja:) tego kremu i kremu pod oczy z tej samej serii;)

      Usuń
  6. La Roche-Posay Effaclar serum mogłabym wypróbować myślę,
    Obserwuję;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To z La Roche-Posay, to żel do mycia twarzy:)

      Usuń
  7. Bardzo dużo kosmetyków zabrałaś ze sobą ;) Szkoda, że nie udało Ci się użyć olejku do włosów z Orientany- ja na wakacjach zazwyczaj używam sporo olejów, ponieważ nakładam je przed wyjściem na plazę- chronią przed słońcem i słoną wodą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olejku Orientany używam już od jakiegoś czasu w domu, ale jakoś na wyjeździe po niego nie sięgałam. Ja zwykle nałożę za dużo olejku na włosy i mam takie ulizane:P dlatego nakładam takie mazidła głownie przed myciem;)

      Usuń
  8. Jedwab GP obowiązkowo :D
    Ja nie miałam problemów z wakacyjną kosmetyczką, bo na wakacje w tym roku niestety nie udało mi się pojechać. Ale w przyszłym na pewno to sobie odbiję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj szkoda:( ja w tym roku też nie wiedziałam czy pojadę, ale że rok temu właśnie nigdzie się nie wyrwałam, to w tym chciałam chociaż na baseny;) zawsze to coś, a i mam jakieś 5h jazdy od domu:)

      Usuń
  9. Ja na wakacje biorę sporo kosmetyków i w efekcie i tak połowy nie używam;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba większość z nas tak robi:D później twierdzimy, że następnym razem już będziemy wiedzieć co zabrać, co się przyda itd. a jak przyjdzie co do czego, to znowu to samo;)

      Usuń
  10. Ja na wyjazdy zabieram głównie produkty do mycia. W tym roku wzięłam krem do rąk, ktorego używałam jako balsamu.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M