Ulubieńcy września i (części) października ;)

18 października 2014

Od pewnego czasu mamy już jesień, która rozpieszcza nas piękną pogodą, feerią barw oraz odgłosem szeleszczących liści i masą kasztanów. Właśnie dlatego na blogu mały zastój: rozkoszuję się tą pogodą, wygrzewam bladą twarz  w słońcu i hasam z psem na długie spacery. W końcu jesień to moja ukochana pora roku, więc nic dziwnego, że chcę się nią nacieszyć. Jednak w moim świecie kolorówki wciąż coś się dzieje, pojawiają się nowości (które niebawem pokażę), znikają zużyte tubki, a także niektóre kosmetyki zyskują miano tych ulubionych, po które sięgam z przyjemnością i uwielbiam je za działanie oraz za to, jaki dają efekt.


Dzisiaj porcja kolejnych takich kosmetyków; niektóre miałam już od dawna, ale leżały sobie na dnie kosmetyczki, bo jednak początkowo mnie nie zachwyciły, inne pojawiły się stosunkowo niedawno i szybko podbiły moje serce efektem jaki dają, a jeszcze inne przekonały mnie do siebie swoim świetnym działaniem.
Wszystkich zainteresowanych moimi kosmetycznymi perełkami, zarówno pielęgnacyjnymi, jak i tymi kosmetycznymi, zapraszam do lektury z kubkiem ciepłej herbaty lub kawy w ręce, w końcu ma być miło i relaksująco ;)




Jakiś czas temu przechodząc obok Douglasa zerknęłam na ich kosze z promocjami, które zawsze stoją przed wejściem. W oko wpadły mi balsamy marki Kings&Queens (stworzona w 2007 przez grecką markę Korres), które miały nieźle obniżoną cenę. W koszyku znajdowały się zarówno balsamy, jak i mleczka do ciała oraz peelingi. Większość z nich została przeceniona średnio z 40-45zł na 12-13zł, więc postanowiłam kupić w ciemno jedną sztukę.
Na początek wybrałam masło o zapachu Lemon Flower, czyli zapach kwitnących drzew cytrynowych, który nie każdemu może się spodobać (mi początkowo także nie przypadł do gustu, bo kojarzył mi się z kebabem). Masło ma gęstą, treściwą konsystencję, którą trzeba dobrze rozsmarować, bo inaczej zostaną nam jasne ślady na skórze. Na szczęście kosmetyk dobrze się wchłania, pozostawiając na skórze taką delikatną warstwę (nie tłustą!). Zapach jest mocno wyczuwalny i podczas aplikacji mamy jednocześnie aromaterapię, która trwa przez kilka godzin od aplikacji, ponieważ zapach jest wciąż wyczuwalny na skórze.


Wiele kosmetyków lubi mnie uczulić, pojawiają mi się na nogach czerwone krosty, które utrudniają życie zwłaszcza w lecie. Co więcej, po depilacji nóg przez jakiś czas nie mogłam zazwyczaj ich balsamować, ponieważ okropnie piekła mnie skóra, dlatego też dopiero na drugi dzień balsamowałam skórę. Ciężko było wytrzymać cały dzień z taką suchą i napiętą skórą, ale nie miałam za bardzo wyjścia. Okazało się jednak, że Kings&Queens Lemon Flower Body Butter nie powoduje u mnie żadnego wysypu krostek, nie pojawiają się u mnie zaczerwienienia, a skóra jest genialnie nawilżona! Po około 2 tygodniach używania, pobiegłam do Douglasa i kupiłam jeszcze kilka sztuk kosmetyków K&Q w promocyjnej cenie. Niestety, z tego co słyszałam, Douglas wycofuje K&Q ze swojej oferty, więc trzeba będzie zaopatrywać się w te balsamy online.


Z kosmetyku do ciała przeskakuję na dwa kosmetyki do twarzy; pierwszym z nich jest tonik Murad Essential-C Toner. Kosmetyk, który kupiłam jakiś czas temu, kompletnie w ciemno. W normalnej cenie raczej bym się na niego nie skusiła, zwłaszcza kiedy widzę jego ceny w PL (na stronach us cena to ok 30$, u nas 160-180zł). Ten tonik ma czynić cuda z naszą cerą: oczyszczać, redukować fotouszkodzenia, zapobiegać wiotczeniu skóry, nawilżać, zwężać pory i zatrzymywać wilgoć w komórkach skóry, a czysta witamina A,C
i E ma za zadanie pobudzić produkcję kolagenu (cały opis KLIK). Producent zaleca przemywać twarz wacikiem nasączonym tonikiem rano i wieczorem, i początkowo faktycznie tak robiłam, ale po pewnym czasie zaczęłam spryskiwać nim twarz po oczyszczaniu i czekać aż się wchłonie. 


Niby nie wierzę w takie cuda, toniki zawsze były dla mnie takim zbędnym dodatkiem, z którego często rezygnowałam, a jeżeli już jakiegoś używałam, to i tak za bardzo nie wierzyłam, że coś zdziała. Jednak, jak to czasami bywa, polubiłam to cudo i widzę, że faktycznie działa. Ogólnie bardzo lubię pielęgnację marki Murad, miałam wcześniej może z 5 kosmetyków i tylko 1 okazał się być takim średniakiem, który średni przypadł mi do gustu.
Wracając jednak do Essential-C Toner, to zauważyłam, że moja skóra jest bardziej promienna od kiedy go używam. Jest nawilżona, gładka i przyjemna w dotyku, ale to na pewno także zasługa kremów, które stosuję wraz z innymi kosmetykami. Kiedy skończę to opakowani będę polować na kolejną butelkę w okazyjnej cenie, póki co cieszę się, że kiedyś udało mi się go kupić.


Na pewno dużą zasługę w obecnym stanie mojej cery ma także krem La Roche-Posay Effaclar Duo [+], który pomaga mi walczyć z niedoskonałościami cery oraz jej nadmiernym przetłuszczaniem się w strefie T. Nie będę się rozpisywać na jego temat, ponieważ wszystko opisałam już w TYM poście, więc jeżeli ktoś jest zainteresowany LRP Duo [+] i zastanawia się czy warto go kupić, to zapraszam, może pomogę rozwiać wątpliwości i podjąć decyzję.


Ostatnim kosmetykiem z pielęgnacji, a pierwszym związanym z paznokciami, jest Nail Tek II Intensive Therapy. W ciągu kilku lat zużyłam już wiele opakowań tej odżywki, sięgałam również po produkty innych marek, ale jednak żadne cudo nie była w stanie tak pomóc moim paznokciom, jak właśnie Nail Tek. Efekty nie są widoczne od razu, ale kiedy już są, to widać różnicę; paznokcie rosną jak szalone, są twarde i nie takie łamliwe jak wcześniej. Najbardziej mi jednak zależy na tym, aby się tak nie rozdwajały (mam z tym problem zwłaszcza przy jednym paznokciu, który jest rozdwojony jakby w połowie od samego początku). Odżywkę kupiłam podczas promocji w Super-Pharm, była wtedy tańsza chyba o jakieś 40%, więc trzeba było brać (w końcu nawet na all ceny wyższe). 


Pielęgnacja zrobiona, więc pora przejść do kolorówki. Kosmetyków będzie tutaj trochę więcej, ale chyba nikogo to nie zdziwi.
Aż dwa podkłady podbiły ponownie moje serce w ciągu ostatnich dwóch miesięcy: TheBalm Balm Shelter, w odcieniu Light oraz  Annabelle Minerals, wersja matujący w odcieniu Golden Fairest.
TheBalm mam w najjaśniejszym dostępnym odcieniu, jednak mimo to, jest to kosmetyk, po który sięgałam kiedy przybrązowiło mnie delikatnie słońce. Jest to bardziej krem koloryzujący niż podkład: wyrównuje koloryt skóry i wygląda bardzo naturalnie, ale nie nadaje się jeżeli ktoś poszukuje kosmetyku matującego - ten się do takich nie zalicza. Zazwyczaj sięgałam po niego kiedy musiałam wyjść gdzieś na kilka godzin, ponieważ utrwalony pudrem sypkim daje radę okiełznać sebum na 4-5 godzin.
Annabelle Minerals jest podkładem mineralnym, bardziej kryjącym i matującym niż TheBalm, oraz znacznie jaśniejszym. Również wygląda bardzo naturalnie na twarzy, ładnie wyrównuje koloryt cery i odrobinę maskuje drobne zaczerwienia. W duecie z sypkim pudrem matuje na 9 godzin, po tym czasie muszę delikatnie przypudrować czoło
i nos, bo powoli mieszana cera daje o sobie znać, ale uważam, że jest to bardzo dobry wynik.


Do ukrycia większych niedoskonałości, które czasami lubią mnie zaskoczyć i wystawić moje nerwy na próbę, używam korektora L'oreal True Match, w odcieniu 2 Vanilla. Jest jasny, ale nie biały, ma dodatek żółtego, a do tego nieźle maskuje wszelkie niespodzianki i zaczerwienienia skóry. Nie ma się co oszukiwać, że ukryje on idealnie każdą, nawet największą niespodziankę, ale zmniejszy ich widoczność, no i co najważniejsze, nie tworzy takiej skorupy, która podkreśla każdą wypukłość czy suchą skórkę. Używam go także pod oczy i również na takiej delikatnej skórze sprawdza się świetnie, chociaż raczej nie ukryje większych worów pod oczami.


Jeżeli już weszłam na temat oczu, to przejdę od razu do cieni, które na nich najczęściej gościły (no, na powiekach). Jak wiecie uwielbiam jasną wanilię, która dodatkowo ma satynowe wykończenie lub delikatnie metaliczne, takie aby pięknie rozświetliło skórę powiek, dlatego nic dziwnego, że zakochałam się w Maybelline Color Tattoo w odcieniu 100 Barely Beige oraz L'oreal Color Infallible, 002 Hourglass Beige


Odcienie różnią się między sobą, więc nie są to duble i spokojnie można polować na oba. Maybelline jest odrobinę ciemniejszy i zawiera nutkę różu, który na szczęście na moich powiekach nie jest widoczny. Daje bardzo delikatny efekt: powieki mają wyrównany koloryt, są odrobinę rozświetlone, ale nie jest to bardzo widoczne. To taki idealny cień do makijażu typu no makeup - do tego szybko się go nakłada (najlepiej palcem). Cień L'oreal jest jaśniejszy, bardziej waniliowy i znacznie mocniej rozświetlający. Gorzej się go nakłada na powiekę, zwłaszcza pędzelkiem typu języczek i nie wyrównuje kolorytu aż tak dobrze jak Maybelline, ale daje przepiękny efekt, który zachwyci niejedną osobę. Oba cienie są świetne, ale to razem tworzą prawdziwe cudo na powiekach. Maybelline jako baza nie tylko podbija kolor, wydłuża trwałość, ale też właśnie wyrównuje kolor powiek. Za to L'oreal rozjaśnia powieki i je rozświetla. Taki duet nawet na moich tłustych powiekach wytrzymuje od rana do późnej nocy.


Takie oko wygląda świetnie zarówno przy delikatnych ustach, jak i przy tych mocniejszych - mam na myśli choćby czerwienie czy bordo, ponieważ twarz nabiera świeżości i mocny odcień na ustach tak nie przytłacza.
Świetnie komponuje się do tego też kolejny mój ulubieniec, którym jest błyszczyk Chanele Levres Scintillantes w odcieniu Bonbon (numer 73). 


W opakowaniu wygląda jak jasny, odrobinę rozbielony róż ze złotą perłą, ale na ustach wygląda zupełnie inaczej, co początkowo trochę mnie zirytowało, bo w końcu nie do końca takiego efektu się spodziewałam (w sklepie też ciut inaczej to wyglądało). Na ustach odcień zamienia się w brzoskwinię z ledwo widocznym dodatkiem różu. Zupełnie coś innego niż w opakowaniu, więc nic dziwnego, że początkowo byłam zawiedziona. Potrzebowałam czasu aby dostrzec urok tego błyszczyka, który delikatnie rozjaśnia usta, daje efekt prawdziwej tafli i świetnie współgra z brzoskwiniowym czy śliwkowym różem na policzkach oraz delikatnym makijażem oka. Dodaje świeżości; całość wygląda tak jakoś promiennie. Niby błyszczyk, ale taki efekt;) do tego świetnie nawilża i długo się utrzymuje, więc na chłodniejsze dni jest jak znalazł.


Jak już pisałam, Chanel świetnie współgra ze śliwkowym różem na policzkach, właśnie takim jak róż NARS w odcieniu Sin, który jest najpiękniejszym różem jaki miałam okazję używać. U mnie na skórze wychodzi jak taka przybrudzona śliwka (taka mieszanka śliwki z brązem, chociaż czytałam, że niby jest to jagoda). Róż posiada mikroskopijne złote drobinki i mroźne wykończenie. Będzie pasował typom neutralnym i chłodnym, bo dla ciepłych jest zdecydowanie zbyt zimnym kolorem, chociaż może ktoś używa i jest zadowolony?


Sin świetnie nadaje się właśnie na jesień i zimę; nie sięgam po niego w cieplejsze pory roku, bo jednak jakoś mi do nich nie pasuje i chociaż pięknie komponuje się z ciemnymi włosami, jasną cerą i zielonymi oczami (w końcu muszę uzasadnić dlaczego jest ulubieńcem:D), to nie mogę się do niego przekonać podczas lata czy wiosny.
Róż nakłada się z łatwością, jest dobrze napigmentowany, więc trzeba trochę uważać podczas aplikacji, bo można nałożyć go za dużo i wtedy nie będzie za ciekawie. Utrzymuje się przez wiele godzin: w sumie cały dzień, chociaż pod koniec kolor jest mniej widoczny, ale wciąż zauważalny.
Właśnie już od pierwszego użycia wiedziałam, że to jest jeden z najlepszych kosmetyków, a właściwie kolorów, jakie miałam/mam i na pewno kupię go ponownie kiedy dobiję w nim dna (chociaż jest bardzo wydajny, więc nie mam pojęcia kiedy to nastąpi).

na żywo kolor jest ciemniejszy
Na koniec zostawiłam rozświetlacz: słynny maczek Clinique, Fresh Bloom w odcieniu 01 Peony. Kiedyś był na niego prawdziwy szał, jednak jakoś nie wpadł wtedy w moje ręce, aż do niedawna, kiedy to był w promocji na strawberrynet. Kupiłam trzy odcienie, w tym ten najjaśniejszy


Maczek składa się z trzech odcieni: jasnego, złocistego beżu; mieszanki opalonego beżu z brzoskwinią oraz brązu ze śliwką. Po zmieszaniu wszystkich odcieni wychodzi nam beżowa brzoskwinia. Odcień za ciemny dla bardzo jasnych typów, ale dobry dla ciut ciemniejszy (ale wciąż jasnych), normalnych i śniadych, u których pewnie kolor nie będzie w ogóle widoczny, za to będzie można zauważyć sam błysk, który nie zawiera żadnych drobinek.
Efekt jest w typie Mary Lou-Manizer, ale ciemniejszy i mniej błyszczący, taki bardziej naturalny, zwłaszcza ta najjaśniejsza część, która jest bardzo, bardzo delikatna
i czytałam, że niektóre osoby omiatają nią całą twarz aby uzyskać taką delikatnie rozświetloną cerę.


Poniżej swatche: różu SIN, maczka Clinique (efekt po zmieszaniu wszystkich odcieni oraz sam najjaśniejszy kolor) oraz błyszczyka, a także cieni.


w cieniu





I jak? skusiłam was na coś? mam nadzieję, że tak ;)


PODPIS

PROPONOWANE POSTY:

18 komentarze

  1. Duużoooo tych ulubieńców :D poluję na te dwa cienie na maybelline i loreal o których wspominałaś. Bardzo mi się podobają

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę u Ciebie także swoich ulubieńców, czyli cień L'Oreal Infaillible, Effaclar DUO oraz odżywkę Nail Tek. Kosmetyki naprawdę godne polecenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. L'oreal ostatnio wypuszcza bardzo fajne mazidła:) zwłaszcza do ust;) jak kiedyś omijałam markę szerokim łukiem, tak teraz chętnie sprawdzam te nowości:)

      Usuń
  3. Nail Tek jeszcze nie miałam, muszę wypróbować :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Same wspaniałości, pewnie by też byli moimi ulubieńcami. :) Przy okazji widzę swój dawny róż Clinique. Też go miałam. )

    OdpowiedzUsuń
  5. Spodobał mi się róż z NARSa, ale zupełnie nie wiem czy by do mnie pasował, bo nigdy nic w podobnj tonacji nie miałam :) Nie mniej jednak z chęcią bym spróbowała :D

    Pozdrawiam
    koczek-blond :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety do tej pory nie widziałam nic podobnego:/ ale Inglot ma też ładne śliweczki:) ;)

      Usuń
  6. Znam podkład AM na podstawie próbki, ale już jestem zachwycona, świetny jest! Co do Nail Teka, to niestety mi aż tak nie pomógł - formaldehyd morderca.. :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też na początku próbki miałam:) jednak lepiej coś przetestować niż w ciemno brać pełnowymiarowe opakowanie;):D

      Usuń
  7. mnie skusiłaś na color tatoo:) nie widziałam tego koloru w drogeriach :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety w drogeriach go nie znajdziesz, ale na allegro jeszcze jakiś czas temu było sporo sztuk do kupienia:)

      Usuń
  8. Korektor, to ostatnio mój ulubiony <3 Tez mam 02 i tez pod oko nakładam i sprawdza się wklepany jajcem wspaniale !
    Z tych balsamów skusiłam się kiedyś na taki ...hmmm niby palony cukier ... walił jakikś dymnym , fajkowym zapachem ... niecierpialam gada za to :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Podkłady AM super:) To jest wersja 10g? Już nie ma tych "obłych" opakowań?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja swój podkład kupiłam już jakiś czas temu, jak jeszcze były inne wersje opakowań:)

      Usuń
  10. Z tej propozycji poluję na cień z L'oreala ale nigdzie nie mogę go dostać.

    OdpowiedzUsuń
  11. Kusi mnie wypróbowanie tego korektora. O ile latem potrafię się obejść bez mocnego krycia, o tyle zimą potrzebuję czegoś naprawdę niezawodnego. Tak na mnie działa brak słońca.

    OdpowiedzUsuń
  12. oo, tego cienia z L'oreala jeszcze nie mam, najwyższy czas nabyć :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Sin ma bardzo oryginalny kolor, ciekawa jestem jakby się prezentował na moich policzkach :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M