Rok 2013 w kosmetycznej odsłonie...

9 lutego 2014

Nareszcie zabrałam się za podsumowanie tych 12 miesięcy 2013 roku.
Pewnie jestem jedną z ostatnich osób (a może nawet ostatnią!), które publikują taki wpis, ale mam nadzieję, że jeszcze wam się one nie znudziły i nie uciekniecie ;)
Będzie trochę o ulubieńcach, o których już wspominałam, a trochę o kosmetykach pewnych marek, które zdominowały moją kosmetyczkę i mój codzienny makijaż.




Gdybym miała krótko podsumować miniony rok, to napisałabym, że był on rokiem kolorówki Chanel, NARS i TheBalm.
Oczywiście, każda marka ma swoje lepsze i gorsze produkty, a to czy nam będą odpowiadać, czy też nie, zależy od naszych oczekiwań, rodzaju cery i wielu innych czynników. Na szczęście, u mnie one się sprawdziły i mogę spokojnie napisać, że okazały się być udanym zakupem. 

Zacznę od paznokci. 
Tutaj królowała, i wciąż króluje, marka Essie ze swoimi pięknymi lakierami, które często można upolować znacznie taniej przez internet lub podczas promocji (Hebe, Super-Pharm). 
Essie trzymają się u mnie najdłużej, przeważnie 7 dni, ale zdarzają się też i gorsze buteleczki (Sand Tropez), więc też można trafił na małego bubelka. 

Do usuwania skórek stosuję preparat Sally Hansen Instant Cuticle Remover. Testowałam także Wibo, ale Sally w moim przypadku sprawuje się znacznie lepiej i póki co, zamierzam przy nim pozostać. Preparat można kupić stacjonarnie albo przez internet (choćby na allegro). Cena nie jest przerażająca, zwłaszcza przy takiej wydajności sallki. Kto jeszcze nie używał, a szuka czegoś co pomoże mu uporać się ze skórkami, powinien spróbować właśnie tego. 


Ulubieńcem i odkryciem roku 2013, okazały się być cienie Maybelline Color Tattoo, które świetnie nadają się na całą powiekę jako cienie (czy też baza pod inne cienie) oraz jako żelowe eyelinery do zrobienia kreski.
Obawiałam się, że przy moich tłustych powiekach tattutki kompletnie się nie sprawdzą i szybko się z nimi pożegnam, więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo pozytywnie byłam zaskoczona ich jakością i trwałością. Niestety, nie ma tutaj szerokiej gamy kolorystycznej, więc nie każdy będzie czuł się skuszony pięknym granatem czy metalicznym brązem. 
Mam nadzieję, że kiedyś pojawi się jeszcze jakiś jasny beż z Color Tattoo.

Z dna kuferka wyciągnęłam dawno temu pojedynczy cień Smashbox w odcieniu Pronto (jasna wanilia), o którym bardzo często pisałam. Jest to idealny kolor, którego nie widać, ale który w piękny sposób rozświetla całą powiekę. Nawet jeżeli nie wytrzymuje na powiece intensywnego dnia, to i tak jego kolor jest na tyle zbliżony do mojego naturalnego odcienia skóry, że nie widać czy cień się zrolował lub czy jeszcze jest, czy już nie. 


Kiedy nie miałam jeszcze wizji makijażu, a już musiałam zaczynać tynkowanie, najczęściej wybierałam róż Clinique w odcieniu Aglow. Jest to opalony beż z domieszką brzoskwini i złota. Pasuje absolutnie do wszystkiego, więc nie muszę się martwić, kiedy nagle w trakcie makijażu, moja wizja ulegnie drastycznej zmianie.


Clinique Aglow

Z rozświetlaczy, oprócz Mary-Lou Manizer, sięgałam przeważnie po Smashbox Baked Fusion Soft Lights Palette w odcieniu Illusion. Jest to kosmetyk o delikatnym, jasnym błysku, który wygląda bardzo naturalnie. Nie jest tak widoczny jak Mary, jego efekt rozświetlenia określiłabym raczej jako medium ;)
Jak sobie przypomnę, że nie tak dawno temu chciałam go oddać, to aż ciarki przechodzą mi po plecach.
Drugim kosmetykiem z tej samej, rozświetlaczowej kategorii, jest MAC Mineralize Skinfinish w odcieniu Soft and Gentle. Bardzo długo nad nim myślałam, czytałam opinie, oglądałam zdjęcia i macałam tester. 
Nie mogłam się zdecydować czy go chcę i czy takiego właśnie efektu szukam. W końcu kupiłam i początkowo byłam rozczarowana. Wszędzie widziałam tylko brokat.
Któregoś pięknego dnia, zaczęłam powoli dostrzegać jego urok i rozpływać się w zachwycie. Brokat oczywiście dalej rzuca mi się w oczy, szczególnie w świetle dziennym, ale nauczyłam się jakoś z tym żyć;) 
W końcu nie migruje po całej twarzy, więc kłopotów nie sprawia.

Jako osoba, która ma problemy z przetłuszczającą się strefą T, ciągle szukałam pudru, który nie zrobi mi efektu ciasta na twarzy, a który pomoże mi odrobinę zapanować nad tym problem świecenia się skóry, chociaż na 6-7 godzin. Z pomocą przyszedł puder Lioele secret pore HD powder, który otrzymałam do testów. W opisie była także informacja, że puder ukrywa rozszerzone pory, w co oczywiście ciężko uwierzyć, bo niby w jaki sposób je ukryje? I tutaj kolejne *zaskoczenie, puder faktycznie ukrywa rozszerzone pory! Wszystko udokumentowane na zdjęciach w tej recenzji.

Rozświetlacz z limitowanej edycji Catrice Candy Shock, kupiłam właściwie tylko z ciekawości i ze względu na ładny wygląd. Jako typowy rozświetlacz na policzki, jest on dla mnie za delikatny. Na całą twarz się nie nadaje, ponieważ podobny efekt lekkiego rozświetlenia otrzymuję w sposób naturalny po 3-4h od nałożenia makijażu, tak więc leżał sobie przez pewien czas i przybierał na wadzę poprzez kolejne warstwy kurzu, które na nim osiadały. Któregoś dnia z braku pudru Skinfood, którym utrwalałam korektor pod oczami (gdzieś się zapodział) sięgnęłam bez większego przekonania po Catrice i od tej pory namiętnie go używam. Puder świetnie rozświetlił skórę (pod oczami) oraz utrwalił korektor. Daje efekt delikatnego wygładzenia, taki mały, kosmetyczny photoshop. Czasami pudru używam także na powieki do rozświetlenia i wyrównania kolorytu skóry. Jak widzicie, był to zupełnie nieplanowany zakup, który okazał się być strzałem w 10!

Na koniec zostały bibułki matujące z Wibo, które używam zaraz po nałożeniu Revlon Colorstay. Nie wiem czy tylko mnie denerwuje ten efekt tłustej skóry zaraz po nałożeniu tego podkładu? Zauważyłam, że kiedy użyję bibułek, skóra zaczyna mi się świecić trochę później, niż kiedy ich nie użyję. W moim przypadku się sprawdzają i czasami pomagają także podratować makijaż w ciągu intensywnego dnia. 


Z pędzlami Real Techniques zaprzyjaźniłam się na dobre. Oczywiście z czterech pędzli, które kupiłam, to dwa zdobyły moje serce: Blush brush i Expert Face brush (recenzja TU). Pierwszego, różowego cuda używam do nakładania różu (cóż za odkrycie!), drugiego, do nakładania podkładu. Kolejnym pędzlem, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie makijażu, jest pędzelek Essence z limitki wild craft. Dwustronne cudo początkowo miało służyć do różu i korektora (mniejsza część), ale z czasem jego funkcja się zmieniła i używam go do nakładania rozświetlacza na szczyt kości policzkowych, nos, pod łuk brwiowy i nad łukiem kupidyna (pod/nad łuk nakładam rozświetlacz mniejszą częścią). Za chyba 12-13zł, jest to genialny pędzelek i bardzo się cieszę, że go kupiłam kiedy miałam okazję. 

Kolejnym odkryciem okazała się być baza do rzęs i odżywka pod tusz w jednym. Kosmetyk świetnie zagęszcza rzęsy i delikatnie je wydłuża. Nie powoduje ich sklejania się, z czym często miałam problem używają właśnie takich baz pod tusz.
Jane Iredale PureLash Conditioner, bo o tym kosmetyku mowa, kupiłam pod wpływem kuszenia James. Gdyby nie ona, to pewnie dałabym sobie spokój z zakupem i tym sposobem przegapiłabym świetny kosmetyk, na który obecnie ciągle poluję.

Świat zapachów został zasilony o pewną flaszeczkę wypełnioną różowym płynem. Flora by Gucci gorgeous gardenia zawładnęła mną już po pierwszym powąchaniu! Jak zawsze gustuję w zapachach mocnych, delikatnie męskich i pieprznych, tak ten wyjątkowo mi się spodobał, a daleko mu do takich mocnych zajzajerów. Nie umiem opisywać zapachów, więc nie będę kombinować i napiszę prosto z mostu: jest słodki, ale nie przesłodzony. Idealny na cieplejsze pory roku oraz na obecną, ponieważ sprawia, że tak jakoś od razu robi się cieplej z tej rozkoszy.
Uwodzi, ale nie nachalnie wołając "jo żem seksi! pazurami rozrywam koszule!", a zmysłowo i powoli. 
Jest to chyba największy słodziak wśród wszystkich moich zapachów, tak więc coś w nim musi być skoro tak szybko go przygarnęłam.

Pod względem pielęgnacji królowały olejki oraz płyny micelarne, które zaczęłam dopiero odkrywać.
Zaczęłam także używać kremów do twarzy o bardziej naturalnych składach, chociaż wciąż testuje nowości, niekoniecznie te z naturalnym składem;)
Ulubieńców w tej kategorii nie mam, chociaż bardzo polubiłam olejek Emu Gold oil



I doszliśmy do trzech marek, których kolorówka najbardziej mnie urzekła w minionym roku.

Zaczynamy od NARSa.
Chyba wszyscy już słyszeli o kilku kultowych kosmetykach tej marki jakby choćby Laguna, Orgasm czy błyszczyk Turkish Delight. Moja przygoda zaczęła się od tria z edycji limitowanej, w którym znajdują się bestsellery tej marki: brązer Laguna, róż Orgasm oraz rozświetlacz Albatross.
Powoli moje uczucie do tej trójeczki przybierało na sile, a ciekawość rosła i rosła. W końcu zdecydowałam się na kolejne kosmetyki, najpierw błyszczyki, później róże.
O błyszczykach za dużo nie napiszę, ponieważ Turkish Delight mnie rozczarował: okropnie wchodzi w załamania ust i to zniechęciło mnie do dalszych zakupów (chociaż mam jeszcze kolory angelika i super orgasm oraz sweet revenge, które pochodzą głównie z zestawów). 
Róże natomiast bardzo lubię i obecnie posiadam sporą ich kolekcję. Jedne są lepiej napigmentowane, inne gorzej i trzeba się trochę namęczyć zanim coś na policzku da się zauważyć, więc dla niektórych może to być ogromny minus. 
Obecnie moim ulubieńcem jest Sin, który przez długi czas nie wychodził mi z głowy, aż w końcu zdecydowałam się go kupić. Kolor jest przepiękny, a efekt na skórze jeszcze piękniejszy! 

Sin na policzku

Wszystkie kolory, które mam: Super Orgasm, Orgasm, Sin, Luster, Madly, Angelika, Douceur, Laguna, Albatross.


Kolejną marką jest TheBalm, której ceny wcale nie są wysokie, jeżeli wziąć pod uwagę stosunek jakości do ceny. Niestety, stacjonarnie marka ta była dostępna na wyłączność w perfumerii Marionnaud, która znika z naszego kraju, więc pozostanie kupowanie online.
Z każdego kosmetyku tej marki jestem zadowolona, mniej z tuszu do rzęs, bardziej ze słynnej już Mary-Lou i różu Down Boy. Kusi mnie jeszcze wiele rzeczy, w tym nowy rozświetlacz Cindy oraz róże z serii Instain, ale już tyle tego mam, że póki co, muszę dać na wstrzymanie.
Z tych wszystkich kosmetyków, na wyróżnienie na pewno zasługuje Bahama Mama, jako brązer idealny, oraz Balms Away, czyli taki balsam/wazelina do demakijażu, który świetnie usuwa makijaż oczu, pozostawiając przy tym nawilżoną skórę.


Ostatnią marką jest Chanel. Od dawna miałam błyszczyki z serii levres scintillantes, ale jakoś nie mogłam się do nich przekonać. Postanowiłam jednak je zużyć, więc sięgałam po nie coraz częściej i częściej, aż okazało się, że je uwielbiam. Konsystencja, trwałość i wiele wspaniałych kolorów- każdy znajdzie coś dla siebie, bo mamy tutaj nie tylko mocniejsze odcienie, ale i te bardzo delikatne, cieliste, rozjaśniające usta. 
Obecnie mam ochotę jeszcze na 2-3 kolory, więc kto wie, może niebawem w mojej kosmetyczce będą już tylko te błyszczyki;)? a tuż obok nich Rouge Allure extrait de gloss z równie świetną konsystencją (jednak mniej gęstą), w eleganckim, czarnym opakowaniu. 



Ufff, no i mamy koniec. Nareszcie udało mi się napisać notkę z podsumowaniem kosmetycznym 2013 roku;) 

PROPONOWANE POSTY:

26 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. hehe właśnie dlatego pisałam go tyle czasu:D ;)

      Usuń
  2. Cudnie się ogląda tak piękne i świetne produkty :D Niezła kolekcja Essie i Narsa *_*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję:) essiaków ciągle przybywa;) wciąż są jakieś promocje, to i człowiek korzysta:D

      Usuń
  3. Ile Narsa! Mnie cały czas marzy się Orgasm ;P

    Do tatootków i ja się przekonałam, ostatnio zakupiłam 3 odcienie, których nie ma w Polsce i to mnie boli najbardziej - uboga i w sumie smutna gama kolorystyczna :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakie to odcienie zakupiłaś:)?
      No szkoda, że ten wybór u nas jest ograniczony...

      Usuń
  4. Bardzo bardzo ciekawy post :)
    www.beauty-fresh.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaciekawił mnie ten cień Smashboxa, bo szukam właśnie takiego, który daje efekt o jakim piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten bardzo polecam, z tym, że nie wiem czy stacjonarnie można go upolować, bo ja smashboxa kupowałam online, ale może akurat ten odcień będzie w sephorze:)

      Usuń
  6. ja jestem psychofanką narsa, jak wejdą na polski rynek to pójdę z torbami,....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jeszcze chwilę możesz poodkładać pieniądze do skarbonki żeby później mieć za co szaleć:D ;) mnie kusi jeszcze sypki puder i pewnie pełnowymiarową lagunę kupię, bo mam ją w zestawach, ale to nie to samo;)

      Usuń
  7. Posty z ulubieńcami i podsumowaniami to moje ulubione, więc miło, że pojawił się jeszcze jeden ;)
    Też miałam obawy przed Color Tattoo a później totalnie mnie w sobie rozkochały, ale przez mały wybór zainteresowałam się MACzkami...
    Nie jestem zachwycona wszystkimi pędzlami RT, ale żałuję, że nie mam dużego jajeczka i na pewno to naprawię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z MACzków jesteś zadowolona? które pędzle RT najbardziej lubisz:)? zastanawiam się czy może jeszcze się nie skusić na jakiś;)
      Właśnie czekam na swój pierwszy paint pot z MACa;)

      Usuń
  8. Bardzo interesujące zestawienie, czytałam posta z przyjemnością, mimo, że póki co o niektórych produktach mogę sobie tylko pomarzyć :P Super fotka ta pierwsza, taki no make-up make-up + lekko przydymiona kreska. Ślicznie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciesze sie, ze Ci odzywka pasuje :*.
    btw: co za szminke masz na zdjeciu z Sinem na polikach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szminka catrice, 160 tell me a berry tale, ale niestety już od dłuższego czasu jest wycofana:(

      Usuń
  10. http://www.sklepestetyka.pl/Jane_Iredale_PureLash_Extender_Conditioner.html - odżywka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za link:) ale wiesz, wyczekuję okazji, bo za odżywkę zapłaciłam 26zł na promocji;) także za cenę w sklepie miałabym 3:D

      Usuń
  11. Róże Sin mnie zachwyciłaś :) Ja bardzo lubię róże z NARS, ale o tym kolorze wcześniej nie myślałam. Może warto się skusić :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przyłączam się do zachwytów Narsem :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pędzelek Essence z limitki wild craftn równiez uzywam do nakładania rozświetlacza. Sprawdza się przy tym śpiewająco.

    OdpowiedzUsuń
  14. dużo ciekawych i nieznanych mi kosmetyków :) widzę, że kosmetycznie w minionym roku wiele się u Ciebie działo :) ja chyba jakiś szczególnych, rocznych ulubieńców nie mam.
    pozdrawiam, A

    OdpowiedzUsuń
  15. ależ tu różności i cudności:-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M