Funfle (nie tylko) maja - czyli o ulubieńcach słów kilka

15 czerwca 2013

Chociaż jeszcze trudno w to uwierzyć, maj już za nami. Właściwie mamy już połowa czerwca.
Nie mam pojęcia kiedy to wszystko zleciało, od kwietnia miałam wielkie plany, później miałam je wcielić w życie w maju, a skończyło się na tym, że do tej pory nic z tego nie wyszło.

Ostatnio maluję się mało, jednak pokażę wszystkie mazidła, które przez kilka miesięcy były, i są, moimi ulubieńcami. Mazidła, po które sięgam kiedy chce mieć pewność, że nic mi nie zniknie w ciągu dnia z twarzy, kreska nie odbije się na powiecie, tusz nie zostawi po godzinie tysiąca czarnych grudek i nie zacznę straszyć ludzi skórą, która przypominać będzie świecącą kulę dyskotekową.


Niektóre kosmetyki na pewno spotkaliście już na innych blogach, być może macie je nawet w swoich zbiorach, i jak ja, uwielbiacie je, lub też macie o nich zupełnie odmienne zdanie.

I. Twarz- podkłady
Tutaj przybyły dwie rzeczy, od kiedy pokazywałam ostatnich ulubieńców, a mianowicie Korres Wild Rose Mineral Foundation (1) oraz MAC Mineralize Skinfinish Natural (3) w kolorze Medium.
Testowałam różne podkłady mineralne, ale niestety do tej pory żaden nie podbił mojego serca tak, jak Korres. Jest to podkład, który delikatnie wyrównuje koloryt, odrobinę maskuje moje rozszerzone pory i sprawia, że skóra wygląda na wypoczętą i naturalnie rozświetloną. Do tego całkiem nieźle matuje. Podkład jest delikatnie rozświetlający przez mikrodrobinki, które zawiera i daje taki niby efekt masy perłowej. Posiadam odcień WRMF1 Fair, który niby jest jasny, ale ładnie stapia się ze skórą i jest dość ciemny, więc osoby z bardzo jasną skórą nie będą zadowolone.
Drugim podkładowym ulubieńcem jest nadal Rimmel Match Perfection (2) (kolor 100 ivory - duża czcionka). Całe szczęście posiadam mały zapas, bo póki co, nie znalazłam jego godnego następny. Podkład kryje lepiej niż Korres, może ukryć drobne niedoskonałości i również dobrze zmatowić, jednak nie na długie godziny. Efekt jest bardzo delikatny i naturalny, czyli taki, jaki lubię.
Jeżeli chodzi o MACa, to używam go najczęściej kiedy nie mam czasu się malować, a chcę jedynie odrobinę wyrównać koloryt skóry. Do tego nadaje się idealnie. Buzia wygląda jak po odrobinie wspaniałego PhotoShopa, jednak nie jest to kosmetyk, który zapewnia mat. Po ok. 2h zaczynam się już świecić, może nie mocno, ale jednak to widać, przypruszony sypkim pudrem radzi sobie lepiej. Jeżeli go nie utrwalimy, schodzi również szybko z twarzy- z nosa i czoła. Doceniam to, jaki piękny efekt daje, chociaż swoje wady ma.




II. Twarz
Ulubionym pudrem sypkim okazał się Lioele Secret Pore HD Powder (1). Puder jest tylko w jednym odcieniu, ma biały kolor, który jednak nie bieli. Jest bardzo drobno zmielony i najlepiej aplikować go za pomocą dołączonej gąbeczki, delikatnie wklepując w twarz. Kosmetyk bardzo dobrze matuje, nie wysusza skóry i kryje rozszerzone pory- nie ukrywa ich w 100%, ale jednak stają się one znacznie mniej widoczne w okolicy nosa- na czole (tak, tam też je mam) nie widzę aż takiej różnicy.
SkinFood Salmon Darkcircle Powder (2), to puder, którym utrwalam korektor pod oczami, i jednak widzę sporą różnicę, kiedy go użyję, a kiedy nie. 
Puder nie wysusza skóry, korektor dzięki niemu się nie roluje, i nie podkreśla tak bardzo załamań skóry pod oczami. Kosmetyk jest bardzo wydajny, a cena przyjemna (płaciłam ok. 25zł).
Jeżeli mam ochotę rozświetlić skórę pod oczami, a nie chcę żeby wszystko mi spłynęło, sięgam po Smashbox Photo Op (3), który delikatnie wklepuję w skórę opuszkami palców. Kosmetyk może być również użyty jako rozświetlacz pod łuk brwiowy czy na szczyt kości policzkowych- daje bardzo naturalny efekt. Użyty w większej ilości, może wyglądać trochę jak smalec, także trzeba uważać z ilością.
Podczas wcześniejszej promocji -40% na wszystko w Rossmannie, zakupiłam wychwalany korektor miss sporty liquid concealer (4), nr1. Kosmetyk tani, bo kosztuje chyba ok.9zł, świetnie sprawdza się jako delikatny korektor pod oczy i na małe niespodzianki. Można go używać również na zaczerwienione miejsca, kiedy chcemy wyrównać koloryt i ukryć rumienie. Nie sprawdzi się przy dużych niespodziankach, czy też mocnych sińcach pod oczami. Stosuje go przeważnie pod puder MACa, kiedy moja skóra ma gorszy dzień i pojawiają mi się mocne, nienaturalne rumieńce. Korektor nie podkreśla rozszerzonych porów, czy suchych skórek.
Jako osoba, która jednak czasami potrzebuje mocniejszego krycia, czy to pod oczami, czy na twarzy, sięgam po TheBalm time balm concealer (5) w kolorze light/medium. Początkowo używałam go jedynie na większe niespodzianki, które bardzo dobrze krył, a przy tym nie rzucał się w oczy, tylko ładnie stapiał ze skórą. Jednak okazało się, że korektor, który według producenta ma działanie przeciwzmarszczkowe, jest stworzony specjalnie do delikatnej skóry pod oczami. Jest on delikatny, ale treściwy. Dobrze kryje, lecz nie wygląda nienaturalnie i nie obciąża skóry pod oczami. Trochę wchodzi w załamania skóry, jednak po użyciu pudru SkinFood jest to znacznie mniej widoczne. Na stronie TheBalm dostępny jest w 9 odcieniach, u nas są chyba 4.


III. Oczy
Do brwi nadal używam  Delii Onyx, korektor do brwi (1), w kolorze czarnym. Pozwala utrzymać brwi w ryzach i nadać im ładny, ciemny kolor. A wszystko to można osiągnąć szybko, bez zbędnej zabawy i tracenia tak cennych z rana minut.
Przez pewien czas szukałam idealnego cienia na dzień, którego kolor będzie zbliżony do koloru skóry, żeby wyrównać jej koloryt, a jednocześnie żeby delikatnie rozświetlał i nadawał spojrzeniu świeżości. Okazało się, że taki cień leżał na dnie mojej kosmetyczki już od dawna. Smashbox eye shadow (2) w kolorze Pronto, to niby odcień wanilii, mi kojarzy się z szampanem. Cień nie osypuje się, nie roluje się i ma świetną konsystencję.
Do rozświetlenia wewnętrznych kącików oczu używam, kupioną niedawno, kredkę rozświetlającą, Catrice made to stay highlighter pen (3). Daje ona mocny błysk, który można stopniować, dobrze się trzyma i jest łatwa w użyciu- nakładam ją cieniutkim pędzelkiem, bo tak jest wygodniej.
Testując kosmetyki z pierwszego WiboBox'a trafiłam na tusz, Lovely, false lashes mascara (4), który bardzo polubiłam, i nawet zastanawiałam się, czy nie kupić kolejnego opakowania podczas niedawnej promocji w Rossie. Tusz zapewnia zarówno efekt bardzo naturalny, jak i mocniejszy- odrobinę brakuje mi w nim pogrubienia, ale rzęsy są tak ładnie rozdzielone i wydłużone, że jestem w stanie mu to wybaczyć. Zresztą, kiedy potrzebuję pogrubienia, używam na niego inny tusz. 
Za taką cenę, to prawdziwa perełka. TUTAJ pełna recenzja.
Paletka cieni, o której już sporo czytałam. Make-up atelier Palette 5 eyeshadows (5)-  wersja T20, to cienie, które mają niesamowitą konsystencję, delikatnie kremową, o świetnej pigmentacji. T20 to odcienie zszarzałych brązów, jest tutaj także beż z domieszką różu oraz czerń, i to właśnie czerń jest moim hitem.
Ze względu na konsystencję, cieniem można zrobić piękną kreskę, która jest trwała i ma głęboki odcień czerni, który można stopniować, a kreskę łatwo rozcierać. Cień
 bardzo dobrze się trzyma na powiekach, nawet takich tłustych jak moja.



IV. Policzki
Bronzer Bahama Mama od TheBalm (1). Kosmetyk ten posiadam w paletce, wraz z pudrem Sexy Mama i różem Hot Mama, chociaż myślę nad zakupem pełnowymiarowej Bahamki, żeby oszczędzać paletkę na wyjazdy (ale to pewnie tylko taki kaprys). Bronzer jest idealny do konturowania, nawet jeżeli nałożymy go za dużo, to bardzo łatwo rozetrzeć go pędzlem i stworzyć naturalny efekt. Bardzo podoba mi się jego konsystencja, trwałość i odcień, który nie ma domieszki pomarańczy czy rudości.
Kolejny kosmetyk TheBalm, który chyba zna każdy, a który obecnie gości na moich policzkach za każdym razem kiedy się maluję, to Mary- Lou Manizer (2). Rozświetlacz w odcieniu jasnego szampana, bez drobinek, o pięknej, jednolitej poświacie, która daje widoczny efekt rozświetlonej i promiennej cery.
Mój ukochany róż, który zachwyca mnie kolorem, to Clinique blushing blush (3), kolor 101 aglow. Nie znajdziecie drugiego takiego odcienia. Jest to mieszanka opalonego beżu, z brzoskwinią i złotkiem, delikatnie rozświetlający. Kolor, który podkreśla policzki i nadaje im ładnego koloru.
Nie mogę też narzekać na jego konsystencję czy trwałość na skórze.




V. Usta
I tutaj mam małego psikusa. Kiedy pisałam recenzję błyszczykom Chanel KLIK, dałam im dość niską ocenę. Postanowiłam po nie sięgnąć żeby je zużyć i wyrzucić z pamięci, a tutaj zonk. Chanel Levres scintillantes w kolorach 65 sesame (2) i 131 mica (1), zmieniły wszystko. O ile sesame lubiłam już wcześniej, bo kolor jest absolutnie piękny (taki łosoś ze złotymi drobinkami), i na próżno go szukać wśród innych mazideł, o tyle do koloru mica nie byłam przekonana. Jednak o dziwo, zaczął mi się podobać. W większej ilości, i kiedy moje usta nie są czerwone po zjedzeniu ostrych potraw, nadaje im uroczy kolor dziewczęcego różu z milionem kolorowych drobinek. Chanelki polubiłam na nowo, za konsystencję, która dobrze nawilża, za efekt oraz za cudne kolory. Trwałość nie powala, chociaż na moich ustach większość błyszczyków szybko znika, te czuję jeszcze trochę po 2 godzinach.
Cena niestety jest jeszcze wyższa niż była (124zł), i jeżeli ktoś ma ciemne usta i szuka mocno kryjących błyszczyków, to nie będzie z nich zadowolony. 
Chyba muszę trochę zmienić im ocenę ;)




VI. Pielęgnacja.
Niespodziewanie załapałam się do testów nowych kremów Oriflame na portalu wizaż.pl.
Do testów szybko przystąpiłam i bacznie przyglądałam się, czy aby nie wyskoczy mi nagle jakaś niespodzianka, lub cała ich armia.
O dziwo, zarówno krem do twarzy, Oriflame Optimals Oxygen Boost day cream (normal/combination skin) (1) jak i krem pod oczy Oriflame Optimals seeing is believing eye cream (2) bardzo polubiłam.
Krem na dzień ma lekką konsystencję, która idealnie nadaje się na obecną porę roku. Nie obciąża skóry, a delikatnie ją nawilża i odżywia. Do tego bardzo szybko się wchłania. Nadaje się pod podkład, zarówno mineralny jak i płynny. Nie powoduje szybszego świecenia się skóry, mam nawet wrażenie, że trochę je hamuje, nie zapycha i nie uczula. Podczas jego stosowania pozbyłam się suchych skórek na policzkach i skroniach, ale na czole nadal czasami je mam. Drażni mnie jedynie jego bardzo słodki zapach, ale na szczęście szybko się ulatnia.
Krem pod oczy ma trochę bardziej treściwą konsystencję, również słodki zapach i także szybko się wchłania. Moja skóra pod oczami jest nawilżona i gładka w dotyku. Krem nadaje się pod korektor- nie powoduje jego warzenia się, czego się obawiałam. Często rano miałam opuchniętą skórę pod oczami i powieki, od kiedy używam tego kremu zdarza mi się to coraz rzadziej. Ostatnio zauważyłam jednak mały minus, kiedy nałożę krem za blisko dolnej linii wodnej, później trochę łzawią mi oczy. 



Powinnam tu także dołożyć bazę do powiek TheBalm, którą kupiłam chyba w maju. Faktycznie przedłuża trwałość cieni i jest bardzo przyjemna w aplikacji- tak suuunie po powiekach;)


Jutro będzie makijaż przy użyciu ulubieńców :)

PROPONOWANE POSTY:

22 komentarze

  1. Paletka cieni, ma fantastyczne kolory, takie idealnie jak lubię:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to jak takie lubisz, to polecam:) konsystencja świetna:)

      Usuń
  2. Korektor z Miss Sporty też lubię. Bardzo zaciekawił mnie ten puder Lioele :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niedługo będzie recenzja, bo zdążyłam go już porządnie przetestować;)

      Usuń
  3. Również uwielbiam MAC MSFN:) Używam go już ponad pół roku a zużycie jest bardzo małe. Świetnie wykańcza makijaż:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja go używam jedynie jak nie mam czasu się malować, żeby delikatnie wyrównać koloryt. Na podkład go nie używam do wykończenia, bo u mnie on za słabo matuje i już po 2h zaczynam się świecić;)

      Usuń
  4. Jeżeli chodzi o podkłady to ja używam Rimmel Match Perfection i nie mam zamiaru tego zmienić.

    my-world-lol.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale ten w słoiku jest już wycofany ;) chyba, że używasz tego z pompką;)

      Usuń
  5. Puder utrwalający Salmona muszę kupić, i to jak najszybciej!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ehhhh na taką kolorowke mnie nie stać ;P

    OdpowiedzUsuń
  7. Tej bazy jestem niezmiernie ciekawa ...
    Właśnie zdenkowałam ArtDeco i zastanawiam się, czy kupić kolejne pudełeczko, czy może poszukać czegoś innego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hym ta jest fajna, ale jeżeli u Ciebie artdeco daje rade, to ja bym przy niej została;) tańsza ciut, więc coś zaoszczędzisz:) gdybym mogła, to zostałabym przy artdeco, bo była świetna, ale niestety mnie uczuliła:(

      Usuń
  8. bardzo podoba mi się ta paletka z różem the balm - jak będę miała okazję, to chętnie kupię. dla mnie to idealna okazja do przetestowania kolorów :)
    pozdrawiam, A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety u nas w PL jej nie było i nie będzie raczej, ja ją upolowałam online jak jeszcze TheBalm w PL nie było;)

      Usuń
  9. Mary- Lou Manizer uwielbiam :)
    Mam też paletkę Makeup Atelier, ale niestety nietrafione kolory :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jakie kolory masz?:) może uda Ci się wymienić na inną, bo wiem, że wiele osób marzy o tych paletkach;)

      Usuń
  10. Mary-Lou i Bahama Mama wymiatają, potwierdzam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj prawda:) a do tego dodać dobrą cenę, to nic tylko brać:)

      Usuń
  11. Osobiście mam ochotę na paletkę z Make-up atelier. Piękne błyszczole :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz:) Jeżeli masz jakieś pytanie odnośnie starszego posta- proszę napisz maila, bo niestety, ale takie komentarze pod starymi notkami łatwo przeoczyć.

Like us on Facebook

Flickr Images

I N S T A G R A M